//////

Mało kto wie, że koniec karnawału, a szczególnie tłusty czwartek i ostatki, były przed wiekami w Krakowie świętem par excellence ludowym, świętem ulicy, a szczególnie prze­kupek. Jak pisze Kolberg, zwano to święto „comber”. Tu na­leży się wyjaśnienie. Comber to w tym przypadku nie po­trawa, ale nazwisko jednego z wójtów czy burmistrzów, który był niezwykle surowy dla przekupek. Nota bene, musiały one być żywiołem wielce niesfornym i w tych czasach — pozba­wionych gazet i radia — trudniły się kolportażem wiadomości dobrych i złych, choć nie zawsze prawdziwych. Comber wielce uciskał przekupki niesprawiedliwymi opłatami, za byle prze­winienie wtrącał je do więzienia. Spotkała go jednak kara i umarł śmiercią nagłą w same zapusty. Odtąd właśnie te dniv stały się świętem przekupek, które piły w szynkach, często­wały i fundowały każdemu, kto się pod rękę nawinął. Z cza­sem przerodziło się to w ogólne święto ulicy i biedoty miejs­kiej. Gawiedż bawiła się tego dnia, a zacni rajcowie musieli na to patrzeć pobłażliwie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *